sobota, 7 września 2013

ORZECHY PIORĄCE ... w proszku



Pisałam już o orzechach piorących w praniu (tutaj) i w zmywarce (tutaj) oraz w ogródku (tutaj). W pierwszym przypadku są przyjemnie skuteczne, w drugim przypadku...cóż rozczarowały mnie. Ale kiedy zobaczyłam proszek z orzechów, to odzyskałam nadzieję w kwestii zmywarki. No i jakoś tak proszek z praniem się bardziej kojarzy, więc też z chęcią zakupiłam dla testów. 


Żeby nie przedłużać: NIE POLECAM. Uff.. ulżyło mi, bo jeszcze jestem na tę wersję orzechów fochnięta - w myśl oszczędności wykorzystałam bowiem do końca, a należało bo ja wiem... albo potestować płyn do zmywania powierzchni (mam inne, jakoś nie czułam potrzeby), albo zwyczajnie wywalić. 

W wersji do prania owszem, prało. Ale nie było bata, czy sypałam do bębna, czy do przegródki na proszek do prania - zawsze się gdzieś zlepiło i potem przy prasowaniu odkrywałam za jakimś mankietem, w zakładce, przy kieszeni. Paskudne, oślizgłe i w sumie dana rzecz jeszcze raz do prania. No ale to powiedzmy pojedyncze rzeczy, więc dramatu nie było.

Dramat był w zmywarce. Łomatko... z przegródki się to do końca nigdy nie wymywało. Samo jak było to już w ogóle połowa zostawała. Z sodą oczyszczoną (używaną zamiast nabłyszczacza) też zawsze zostawał syf, choć mniejszy. Brudziło zmywarkę, zostawało na śmigłach, w zakamarkach wszelakich, na spodach kubków i misek. I oczywiście niedomywało dokładnie tak samo jak w wersji skorupkowej. Eksperyment więc doprowadził mnie do jednego wniosku - NIE WARTO :) 

1 komentarz:

  1. O proszę, to już wiem czego nie kupować. :)
    Tyle że ja nie mam zmywarki i nie używam żelazka, więc może nie byłabym taka fochnięta. :D

    OdpowiedzUsuń